14 grudnia 2025

Pamiątki stanu wojennego





Nazajutrz po ogłoszeniu w Polsce stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. uświadomiłam sobie, że nie mam legitymacji szkolnej, a uczęszczałam wtedy do 2. klasy liceum ogólnokształcącego. Już wiadomo było, że bez legitymacji poruszać się po ulicy w mieście nie można, bo zaczęło się masowe kontrolowanie wszystkich i wszystkiego. Po latach dowiedziałam się, że zginął w jakimś wypadku samochodowym. Ci, którym zdarzyło się wracać zbyt późno, mieszane patrole pakowali do milicyjnych nysek i odwozili na komisariat do aresztu. My całe popołudnie i niedzielny wieczór przyklejeni z rodzicami byliśmy to do telewizora, w którym komunikat z generałem Jaruzelskim w roli głównej jako obwieszczającego wojnę leciał na okrągło, albo do radia, gdzie nadawało Radio Wolna Europa, skąd płynęły coraz dramatyczniejsze wieści o Polsce z wolnego świata. Radio stało w kuchni, gdzie odbywało się całe centrum życia domowego zwłaszcza wieczorami. Telefon służbowy, jaki miał tato w domu, musiał oddać. Wieści z radia były niepokojące - a dla mnie był to powód do budzącej się jakiejś dziwnej a silnej tęsknoty za tym powiewem wolności, który przez ostatnie miesiące mocno dawał się odczuć. Jakże  żyliśmy strajkami w Stoczni Gdańskiej, jeszcze przed stanem wojennym napływało wiele publikacji z drugiego obiegu, ale już w stanie wojennym w domu mieliśmy "podziemną bibułę", która kolportowana była z różnych źródeł. Przychodziły wieści przede wszystkim z Wrocławia, gdzie spacyfikowana została Politechnika, na której studiowali koledzy, o oporze w Pafawagu kolejarze opowiadali.  Ze Śląska straszne wieści o pacyfikacji kopalni donosiło radio RWE.  W Świdniku mieszkała nasza ciocia - jeszcze w lipcu byłam tam w odwiedzinach, a w zakładach PZL pracowali szwagrowie. O strajkach i telewizorach wystawianych w oknach - słyszeliśmy z pierwszej ręki.  Wreszcie z naszego miasta docierał "Postownik". Od znajomych, rodziny czasem bardziej otwarcie, a czasami półgębkiem, w domyśle rozchodziły się informacje o demonstracjach i tłumionym przez MO oporze. Z nastaniem stanu wojennego  więcej było nie wiadomych, niż to, co wiadomo. Coraz częściej koniecznością stawała się powściągliwość. Ludzie znikali i nie wiedziano, gdzie się podziali. Zabierano ich z domów. Zaczął się czas ludzkich dramatów i głębokiego podzielenia między ludźmi - na tych co z władzą i tych, którzy za nic z komuną nie chcieli się pogodzić.  To był czas kapusi i donosicieli oraz odważnych brawurowych akcji. Poglądy coraz bardziej nam się wyostrzały, a podziały pogłębiały, także przy wspólnym stole trzeba było uważać, co się mówi. 

Wszystko mnie bardzo ciekawiło - byłam w liceum, musiałam zdobywać wiedzę, ale historia jako przedmiot  wówczas intrygowała mnie najbardziej. Tato nieraz opowiadał o wojnie polsko - bolszewickiej i odzyskiwaniu niepodległości przez Polskę. Nie zdawałam sobie z tego wówczas sprawę, że była to część naszej rodzinnej historii, głęboko skrywanej. Tato jak relikwie przechowywał bowiem żołnierskie orzełki. To były legionowe orzełki.  Nie zapomnę swojego profesora Józefa  Kępińskiego, nauczyciela historii. Zwłaszcza, jak uczył nas o pierwszej Rzeczypospolitej. Kiedy zadawał pytania kontrolne, albo zlecał zadania pisemne starałam się  odtwarzać jego treści przekazywane na wykładach. Musieliśmy bardzo pilnie robić notatki, bo jego wykłady były bardzo treściwe. Jak się uczciwie notowało w zeszycie, co mówił, siłą rzeczy wchodziło do głowy. Nota bene po podręczniki musiałam sięgnąć dopiero przed maturą. Kiedy nasz profesor mówił, wykładał nam wiedzę nie z podręczników lecz z własnych skryptów. Z czasem zrozumiałam, że szkolne podręczniki mówią swoje, ale wiedza zdobywana z różnych źródeł stawała się wiele bogatsza i ciekawsza. 
Ciekawość, to pierwszy stopień do piekła - powtarzał mój starszy brat gdzieś zasłyszane powiedzenie, które jakże pasowało także do jego otwartości na otoczenie. Tak czy inaczej stan wojenny był nieprzyjemną niespodzianką. 
Nazajutrz, po 13 grudnia z samego rana w poniedziałek udałam się do liceum. Wchodziło się do szkoły od podwórka. Kilka schodów do góry prowadziło do drzwi wejściowych. Zima, mróz może ze 20 st C. a ja nawet się trochę ucieszyłam, że odwołano lekcje, bo był zapowiedziany sprawdzian z j. niemieckiego. Upiekło się - pomyślałam otwierając drzwi. By dostać się na parter, gdzie był sekretariat i inne klasy trzeba było pokonać kolejne schody do góry, tym razem wyższe jak na półpiętrze. Weszłam, otrzepałam buty ze śniegu na wycieraczce, podniosłam głowę i osłupiałam z wrażenia. U góry na schodach stała pani dyrektor szkoły. Nie młoda już kobieta w jasno utlenionych włosach - była ubrana w kompletny w stalowym kolorze damski mundur policyjny. Na jej biodrach zawieszony był pasek z kaburą z bronią. Ewidentnie stała tam jak na posterunku na coś czekając. Może na takich jak ja - którzy na czas nie wyrobili sobie legitymacji szkolnej, a może spodziewała się strajku szkolnego? Ze swojej wysokości zapytała mnie po co przyszłam. Pozwoliła mi wejść na górę i odprowadziła do sekretariatu. W sekretariacie poszło gładko - bez dyskusji i bez komplikacji. Nikogo poza mną z innych uczniów nie było. Nie spotkawszy się z nikim w pośpiechu wróciłam do domu - ale w mieście już widać było umundurowanych funkcjonariuszy Rezerwowych Oddziałów Milicji Obywatelskiej. Wprowadzono godzinę policyjną. 
Był adwent i  przygotowania do Bożego Narodzenia. Wszyscy, którzy chcieli się spotkać przychodzili na Mszę św. Ludzie spontanicznie zaczęli układać przed kościołem krzyż z kwiatów i zapalać znicze dla tych, którzy zginęli. Drugi Krzyż we wnętrzu kościoła św. Mikołaja był pod obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Ludzie gromadzili się i przynosili kwiaty, znicze, pojawiły się też transparenty. To był widoczny znak niezgody i buntu wobec reżimu. Zawiązało się Duszpasterstwo Ludzi Pracy. Związkowcy i niezrzeszeni gromadzili się na Mszach Św. odprawianych za Ojczyznę. Śpiewaliśmy "Boże coś Polskę" z rękami wzniesionymi do góry z palcami rozstawionymi w kształcie V jak Victoria - mieliśmy nadzieję, że przezwyciężymy ten trudny czas. 
 Już w pierwszej klasie LO zapisałam się do drużyny harcerskiej "Czarnej Trzynastki" im. Józefa Grzesiaka, która należała do Kręgów Instruktorskich Andrzeja Małkowskiego.  Zbiórki mieliśmy w pomieszczeniu nad halą sportową na początku za Solidarności, jak było można. To tam nasz drużynowy Maciej Stefański,  a raczej mieliśmy w zasadzie  dwóch drużynowych, bo Janusz Kajdzik  odgrywał istotną rolę ideową, przygotowywali nas do złożenia przysięgi harcerskiej. Składaliśmy ją na biwaku w Kościerzycach pod Brzegiem w ośrodku wypoczynkowym. Dostaliśmy wówczas numerowane krzyże harcerskie i książeczki. 
Bardzo szczególną a spontaniczną zbiórkę pod kościołem św. Mikołaja nigdy nie zapomnę, bo była po pasterce w wigilię Bożego Narodzenia w 1981 r. Byliśmy w  mundurkach harcerskich. Pasterka była jak zwykle bardzo uroczysta. W wigilię przesunięto godzinę policyjną, ale ja o tym dobrze nie wiedziałam. Po pasterce postanowiliśmy poodprowadzać się na wzajem i tak w radosnych nastrojach włóczyliśmy się przez miasto, aż dotarliśmy do Parku Wolności, bo moja koleżanka mieszkała po drugiej stronie Parku. a mnie teoretycznie też droga mogła tamtędy zaprowadzić do domu. Była nas może szóstka, a w każdym razie kilkuosobowa gromadka. Była cudowna zimowa noc pełna lśniącego śnieżnego puchu. Takie prawdziwe śnieżne Boże Narodzenie. W parku dotarliśmy aż na polanę nad stawem. Zaczęliśmy obrzucać się śniegiem, jak to młodzi, oczywiście robiąc przy tym sporo hałasu. Było fajnie, zapomnieliśmy, gdzie jesteśmy i która jest godzina i o całym bożym  świecie. Aż tu nagle za naszymi plecami zjawił się patrol w stalowych mundurach moro, a za nimi stała policyjna "suka",  Nyska służąca do przewożenia zatrzymanych. Zaczęli kontrolować nasze dokumenty po kolei pakując nas do środka. Wyglądało na to, że nas  zapakują i odstawią na komisariat. Domyślam się, że wśród nas był ktoś, kto miał rodziców związanych ze służbami. Po skontrolowaniu wszystkich pozwolili nam jednak wrócić do domów. Kiedy wróciłam, była  trzecia w nocy. Moja biedna mama zaglądała cały czas przez okno wypatrując mojego powrotu i zamartwiając się przy tym. Nie przyznałam się, co mnie spotkało, ale wówczas zrozumiałam, że to jest państwo policyjne, a stan wojenny to nie żarty. 

Odtąd odwiedzaliśmy się w domach. Razem odrabialiśmy lekcje wyręczając się wzajemnie przy tym. Każdy robił to, w czym, był lepszy od innych. Metoda działała, bo mieliśmy czas, by pogadać. 
W naszej parafii św. Mikołaja w Brzegu działał  wówczas już Ruch Światło - Życie  OAZA, założony przez ks Franciszka Blachnickiego. Spotkania oazowe odbywały się w salach przy kościele. Czasem w małej salce na wieży pod chórem, a czasami w salce katechetycznej w kościele. Modliliśmy się razem i śpiewali, to były spotkania formacyjne z czytaniem Pisma Świętego. Czasem był z nami ksiądz, a czasami chodziło o to, by wspólnie pośpiewać przy gitarze. Na OAZie - czułam się dobrze. Tradycją stały się wspólne wyjazdy na rekolekcje czy to podczas ferii zimowych, czy w czasie wakacji. Moi rodzice śpiewali oboje w chórze parafialnym, a ja chodziłam na spotkania oazowe, by pośpiewać bardziej młodzieżowe piosenki. 
Formacyjne spotkania odbywały się podczas wyjazdów w góry albo na Pohale do Krościenka, gdzie była główna siedziba Ruchu. Księdza Blachnickiego wówczas już nie było w Polsce, bowiem  w stanie wojennym był w Niemczech, za to cała diakonia w Krościenku w wakacje  pracowała, bo był to czas rekolekcji i mnóstwo młodzieży przybywało z całej Polski. My cieszyliśmy się gościnnością górali, którzy zapraszali do siebie oazowiczów. Płaciliśmy za noclegi naturalnie jakieś niewielkie pieniądze, a posiłki jedliśmy wspólnie zbierając się na Górce. Jedzenie było głównie z darów, jakie do Polski przychodziły z Niemiec organizowane przez Caritas. - Na Oazie czuliśmy się bezpiecznie, na swój sposób beztrosko i uduchowieni.  Góralom, u których mieszkaliśmy, jak tylko to było potrzebne odwdzięczaliśmy się pomocą przy sianokosach. Kupowaliśmy namiętnie swetry ręcznie robione z owczej wełny, skarpety oraz rzymianki, takie zrobione z dobrej skóry podeszwy z rzemieniami, którymi obwiązywało się kostki i łydki. Jakie to było wygodne szczególnie do chodzenia w górach. Nawet jak padał deszcz, nogi się nie obcierały, nie było odcisków. Nogi oddychały i miały się dobrze zwłaszcza było to ważne jak na piechotę trzeba było się przemieszczać kilometrami. Skarpety z owczej wełny prały się dobrze w ciepłej wodzie. Samo zdrowie. Nigdzie się nie jeździło autobusem. Zawsze chodziliśmy pieszo, chętnie brałam kij w rękę jak szliśmy na szlak i z robioną na szydełku torbą przez ramię zachwycaliśmy się przyrodą w Szczawnicy, Nidzicy, w ogóle  na Podhalu. To były wspaniałe wakacje pełne wrażeń, jak skończył się stan wojenny. 

Brzeg czasu  stanu wojennego jak go pamiętam 

 Brat mojego chrzestnego mieszkał i pracował w Gdańsku. Wujek angażował się bardzo skrycie we wszelkie działania w fabryce siewników Agromet, bowiem ruch solidarnościowy w mieście był bardzo żywy. Budowały się struktury związkowe prawie w każdym zakładzie pracy, do których kolportowano wydawnictwa drugiego obiegu i powielaczowe gazetki. Był więc brzeski "Prostownik" i "Z dnia na dzień" biuletyn Solidarności Walczącej z Wrocławia.  Mój starszy brat sprzedawał tzw. "bibułę", czyli wydawnictwa drugiego obiegu na Uniwersytecie Wrocławskim. Tato jeszcze przed ogłoszeniem stanu wojennego musiał przejść na emeryturę. Jakoś przedwcześnie, chociaż miał wypracowane lata pracy. Miał już zaawansowaną chorobę wieńcową serca. Pracował na PKP i był kolejarzem nieprzerwanie od 1947 r. Odpowiadał za swój odcinek trakcji zasilania wysokiego napięcia na linii kolejowej - pracował na podstacji w Lipkach jako brygadzista elektromonter, nieopodal Brzegu.  Myślę, że działał pod stałą obserwacją. Dziś można się domyślać, że był to nadzór ludzi MSW tych, którzy planowo zajmowali się zwalczaniem politycznej opozycji. Całe środowiska kolejarzy było inwigilowane. Czy miał tego pełną świadomość - nie wiem, bo się nie zwierzał. Nigdy nie należał do partii.  Zresztą nigdy się nie skarżył i nie wyrzekał, nawet jak ORMO przychodziło do nas pod dom  - zaglądając i szukając czego się przyczepić.  Tato po pracy na działce, z której mieliśmy warzywa i paszę dla przydomowych zwierząt - lubił czytać książki, a interesował się mnóstwem rzeczy - zbierał najróżniejsze poradniki. Kiedy jechał w sprawach zawodowych do swojej dyrekcji we Wrocławiu - najchętniej odwiedzał księgarnie. Potem, jak przyszły święta Bożego Narodzenia  i zbierała się cała nasza liczna rodzina - tym, czym najchętniej nas obdarowywał były właśnie książki. Tak więc za czasów Solidarności i potem, kiedy generał ogłosił wojnę z własnym narodem - w domu było dużo publikacji. To był czas, kiedy dzieliliśmy się wiadomościami. 
Przychodzili do nas czasem sąsiedzi, z którymi dobrze żyliśmy. Na podwórku pod domem na ławeczce przysiadał ten i ów znajomy, który czasem zaszedł. Tak odbywał się dyskretny i niezauważalny kolportaż. Tato kupował i rozdawał  tak mimochodem. W tym czasie ks. Zbigniew Bąkowski, proboszcz w parafii św. Mikołaja podjął się z parafianami budowy nowego kościoła pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego, który powoli stał się naszą parafią. Ileż wysiłku parafian kosztowała ta budowa. Przy budowie kościoła od jego fundamentów po wykończenie pracowało bardzo wielu ludzi dobrowolnie i ofiarnie. Mój tato angażował się do tej pracy także, ale nie opowiadał zbyt szczegółowo. Stan wojenny był  dla większości ludzi niezwiązanych z aparatem władzy czasem biedy i wyrzeczeń. Za mięsem stało się w długich kolejkach. Wyręczałam w tym mamę, która nie miała czasu na to stanie, ale ja nie umiałam się kłócić ani wpychać bez kolejki, także  często z mojego stania nie wiele wynikało. Nie można było kupić ani środków czystości, ani dobrego  jedzenia.  Działka i przydomowa hodowla ratowała nas od biedy.  Czekoladę, która była na kartki, jadłam tylko wtedy, kiedy dostałam ją w prezencie. Jednak głodni nigdy nie chodziliśmy, bo rodzice ciężko pracowali. Za to mieliśmy dużą rodzinę  i wzajemne wsparcie. 





Popularne posty

Galeria zdjęć


Darmowe fotoblogi

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *