14 grudnia 2025

Pamiątki stanu wojennego





Nazajutrz po ogłoszeniu w Polsce stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. uświadomiłam sobie, że nie mam legitymacji szkolnej, a uczęszczałam wtedy do 2. klasy liceum ogólnokształcącego. Już wiadomo było, że bez legitymacji poruszać się po ulicy w mieście nie można, bo zaczęło się masowe kontrolowanie wszystkich i wszystkiego. Po latach dowiedziałam się, że zginął w jakimś wypadku samochodowym. Ci, którym zdarzyło się wracać zbyt późno, mieszane patrole pakowali do milicyjnych nysek i odwozili na komisariat do aresztu. My całe popołudnie i niedzielny wieczór przyklejeni z rodzicami byliśmy to do telewizora, w którym komunikat z generałem Jaruzelskim w roli głównej jako obwieszczającego wojnę leciał na okrągło, albo do radia, gdzie nadawało Radio Wolna Europa, skąd płynęły coraz dramatyczniejsze wieści o Polsce z wolnego świata. Radio stało w kuchni, gdzie odbywało się całe centrum życia domowego zwłaszcza wieczorami. Telefon służbowy, jaki miał tato w domu, musiał oddać. Wieści z radia były niepokojące - a dla mnie był to powód do budzącej się jakiejś dziwnej a silnej tęsknoty za tym powiewem wolności, który przez ostatnie miesiące mocno dawał się odczuć. Jakże  żyliśmy strajkami w Stoczni Gdańskiej, jeszcze przed stanem wojennym napływało wiele publikacji z drugiego obiegu, ale już w stanie wojennym w domu mieliśmy "podziemną bibułę", która kolportowana była z różnych źródeł. Przychodziły wieści przede wszystkim z Wrocławia, gdzie spacyfikowana została Politechnika, na której studiowali koledzy, o oporze w Pafawagu kolejarze opowiadali.  Ze Śląska straszne wieści o pacyfikacji kopalni donosiło radio RWE.  W Świdniku mieszkała nasza ciocia - jeszcze w lipcu byłam tam w odwiedzinach, a w zakładach PZL pracowali szwagrowie. O strajkach i telewizorach wystawianych w oknach - słyszeliśmy z pierwszej ręki.  Wreszcie z naszego miasta docierał "Postownik". Od znajomych, rodziny czasem bardziej otwarcie, a czasami półgębkiem, w domyśle rozchodziły się informacje o demonstracjach i tłumionym przez MO oporze. Z nastaniem stanu wojennego  więcej było nie wiadomych, niż to, co wiadomo. Coraz częściej koniecznością stawała się powściągliwość. Ludzie znikali i nie wiedziano, gdzie się podziali. Zabierano ich z domów. Zaczął się czas ludzkich dramatów i głębokiego podzielenia między ludźmi - na tych co z władzą i tych, którzy za nic z komuną nie chcieli się pogodzić.  To był czas kapusi i donosicieli oraz odważnych brawurowych akcji. Poglądy coraz bardziej nam się wyostrzały, a podziały pogłębiały, także przy wspólnym stole trzeba było uważać, co się mówi. 

Wszystko mnie bardzo ciekawiło - byłam w liceum, musiałam zdobywać wiedzę, ale historia jako przedmiot  wówczas intrygowała mnie najbardziej. Tato nieraz opowiadał o wojnie polsko - bolszewickiej i odzyskiwaniu niepodległości przez Polskę. Nie zdawałam sobie z tego wówczas sprawę, że była to część naszej rodzinnej historii, głęboko skrywanej. Tato jak relikwie przechowywał bowiem żołnierskie orzełki. To były legionowe orzełki.  Nie zapomnę swojego profesora Józefa  Kępińskiego, nauczyciela historii. Zwłaszcza, jak uczył nas o pierwszej Rzeczypospolitej. Kiedy zadawał pytania kontrolne, albo zlecał zadania pisemne starałam się  odtwarzać jego treści przekazywane na wykładach. Musieliśmy bardzo pilnie robić notatki, bo jego wykłady były bardzo treściwe. Jak się uczciwie notowało w zeszycie, co mówił, siłą rzeczy wchodziło do głowy. Nota bene po podręczniki musiałam sięgnąć dopiero przed maturą. Kiedy nasz profesor mówił, wykładał nam wiedzę nie z podręczników lecz z własnych skryptów. Z czasem zrozumiałam, że szkolne podręczniki mówią swoje, ale wiedza zdobywana z różnych źródeł stawała się wiele bogatsza i ciekawsza. 
Ciekawość, to pierwszy stopień do piekła - powtarzał mój starszy brat gdzieś zasłyszane powiedzenie, które jakże pasowało także do jego otwartości na otoczenie. Tak czy inaczej stan wojenny był nieprzyjemną niespodzianką. 
Nazajutrz, po 13 grudnia z samego rana w poniedziałek udałam się do liceum. Wchodziło się do szkoły od podwórka. Kilka schodów do góry prowadziło do drzwi wejściowych. Zima, mróz może ze 20 st C. a ja nawet się trochę ucieszyłam, że odwołano lekcje, bo był zapowiedziany sprawdzian z j. niemieckiego. Upiekło się - pomyślałam otwierając drzwi. By dostać się na parter, gdzie był sekretariat i inne klasy trzeba było pokonać kolejne schody do góry, tym razem wyższe jak na półpiętrze. Weszłam, otrzepałam buty ze śniegu na wycieraczce, podniosłam głowę i osłupiałam z wrażenia. U góry na schodach stała pani dyrektor szkoły. Nie młoda już kobieta w jasno utlenionych włosach - była ubrana w kompletny w stalowym kolorze damski mundur policyjny. Na jej biodrach zawieszony był pasek z kaburą z bronią. Ewidentnie stała tam jak na posterunku na coś czekając. Może na takich jak ja - którzy na czas nie wyrobili sobie legitymacji szkolnej, a może spodziewała się strajku szkolnego? Ze swojej wysokości zapytała mnie po co przyszłam. Pozwoliła mi wejść na górę i odprowadziła do sekretariatu. W sekretariacie poszło gładko - bez dyskusji i bez komplikacji. Nikogo poza mną z innych uczniów nie było. Nie spotkawszy się z nikim w pośpiechu wróciłam do domu - ale w mieście już widać było umundurowanych funkcjonariuszy Rezerwowych Oddziałów Milicji Obywatelskiej. Wprowadzono godzinę policyjną. 
Był adwent i  przygotowania do Bożego Narodzenia. Wszyscy, którzy chcieli się spotkać przychodzili na Mszę św. Ludzie spontanicznie zaczęli układać przed kościołem krzyż z kwiatów i zapalać znicze dla tych, którzy zginęli. Drugi Krzyż we wnętrzu kościoła św. Mikołaja był pod obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Ludzie gromadzili się i przynosili kwiaty, znicze, pojawiły się też transparenty. To był widoczny znak niezgody i buntu wobec reżimu. Zawiązało się Duszpasterstwo Ludzi Pracy. Związkowcy i niezrzeszeni gromadzili się na Mszach Św. odprawianych za Ojczyznę. Śpiewaliśmy "Boże coś Polskę" z rękami wzniesionymi do góry z palcami rozstawionymi w kształcie V jak Victoria - mieliśmy nadzieję, że przezwyciężymy ten trudny czas. 
 Już w pierwszej klasie LO zapisałam się do drużyny harcerskiej "Czarnej Trzynastki" im. Józefa Grzesiaka, która należała do Kręgów Instruktorskich Andrzeja Małkowskiego.  Zbiórki mieliśmy w pomieszczeniu nad halą sportową na początku za Solidarności, jak było można. To tam nasz drużynowy Maciej Stefański,  a raczej mieliśmy w zasadzie  dwóch drużynowych, bo Janusz Kajdzik  odgrywał istotną rolę ideową, przygotowywali nas do złożenia przysięgi harcerskiej. Składaliśmy ją na biwaku w Kościerzycach pod Brzegiem w ośrodku wypoczynkowym. Dostaliśmy wówczas numerowane krzyże harcerskie i książeczki. 
Bardzo szczególną a spontaniczną zbiórkę pod kościołem św. Mikołaja nigdy nie zapomnę, bo była po pasterce w wigilię Bożego Narodzenia w 1981 r. Byliśmy w  mundurkach harcerskich. Pasterka była jak zwykle bardzo uroczysta. W wigilię przesunięto godzinę policyjną, ale ja o tym dobrze nie wiedziałam. Po pasterce postanowiliśmy poodprowadzać się na wzajem i tak w radosnych nastrojach włóczyliśmy się przez miasto, aż dotarliśmy do Parku Wolności, bo moja koleżanka mieszkała po drugiej stronie Parku. a mnie teoretycznie też droga mogła tamtędy zaprowadzić do domu. Była nas może szóstka, a w każdym razie kilkuosobowa gromadka. Była cudowna zimowa noc pełna lśniącego śnieżnego puchu. Takie prawdziwe śnieżne Boże Narodzenie. W parku dotarliśmy aż na polanę nad stawem. Zaczęliśmy obrzucać się śniegiem, jak to młodzi, oczywiście robiąc przy tym sporo hałasu. Było fajnie, zapomnieliśmy, gdzie jesteśmy i która jest godzina i o całym bożym  świecie. Aż tu nagle za naszymi plecami zjawił się patrol w stalowych mundurach moro, a za nimi stała policyjna "suka",  Nyska służąca do przewożenia zatrzymanych. Zaczęli kontrolować nasze dokumenty po kolei pakując nas do środka. Wyglądało na to, że nas  zapakują i odstawią na komisariat. Domyślam się, że wśród nas był ktoś, kto miał rodziców związanych ze służbami. Po skontrolowaniu wszystkich pozwolili nam jednak wrócić do domów. Kiedy wróciłam, była  trzecia w nocy. Moja biedna mama zaglądała cały czas przez okno wypatrując mojego powrotu i zamartwiając się przy tym. Nie przyznałam się, co mnie spotkało, ale wówczas zrozumiałam, że to jest państwo policyjne, a stan wojenny to nie żarty. 

Odtąd odwiedzaliśmy się w domach. Razem odrabialiśmy lekcje wyręczając się wzajemnie przy tym. Każdy robił to, w czym, był lepszy od innych. Metoda działała, bo mieliśmy czas, by pogadać. 
W naszej parafii św. Mikołaja w Brzegu działał  wówczas już Ruch Światło - Życie  OAZA, założony przez ks Franciszka Blachnickiego. Spotkania oazowe odbywały się w salach przy kościele. Czasem w małej salce na wieży pod chórem, a czasami w salce katechetycznej w kościele. Modliliśmy się razem i śpiewali, to były spotkania formacyjne z czytaniem Pisma Świętego. Czasem był z nami ksiądz, a czasami chodziło o to, by wspólnie pośpiewać przy gitarze. Na OAZie - czułam się dobrze. Tradycją stały się wspólne wyjazdy na rekolekcje czy to podczas ferii zimowych, czy w czasie wakacji. Moi rodzice śpiewali oboje w chórze parafialnym, a ja chodziłam na spotkania oazowe, by pośpiewać bardziej młodzieżowe piosenki. 
Formacyjne spotkania odbywały się podczas wyjazdów w góry albo na Pohale do Krościenka, gdzie była główna siedziba Ruchu. Księdza Blachnickiego wówczas już nie było w Polsce, bowiem  w stanie wojennym był w Niemczech, za to cała diakonia w Krościenku w wakacje  pracowała, bo był to czas rekolekcji i mnóstwo młodzieży przybywało z całej Polski. My cieszyliśmy się gościnnością górali, którzy zapraszali do siebie oazowiczów. Płaciliśmy za noclegi naturalnie jakieś niewielkie pieniądze, a posiłki jedliśmy wspólnie zbierając się na Górce. Jedzenie było głównie z darów, jakie do Polski przychodziły z Niemiec organizowane przez Caritas. - Na Oazie czuliśmy się bezpiecznie, na swój sposób beztrosko i uduchowieni.  Góralom, u których mieszkaliśmy, jak tylko to było potrzebne odwdzięczaliśmy się pomocą przy sianokosach. Kupowaliśmy namiętnie swetry ręcznie robione z owczej wełny, skarpety oraz rzymianki, takie zrobione z dobrej skóry podeszwy z rzemieniami, którymi obwiązywało się kostki i łydki. Jakie to było wygodne szczególnie do chodzenia w górach. Nawet jak padał deszcz, nogi się nie obcierały, nie było odcisków. Nogi oddychały i miały się dobrze zwłaszcza było to ważne jak na piechotę trzeba było się przemieszczać kilometrami. Skarpety z owczej wełny prały się dobrze w ciepłej wodzie. Samo zdrowie. Nigdzie się nie jeździło autobusem. Zawsze chodziliśmy pieszo, chętnie brałam kij w rękę jak szliśmy na szlak i z robioną na szydełku torbą przez ramię zachwycaliśmy się przyrodą w Szczawnicy, Nidzicy, w ogóle  na Podhalu. To były wspaniałe wakacje pełne wrażeń, jak skończył się stan wojenny. 

Brzeg czasu  stanu wojennego jak go pamiętam 

 Brat mojego chrzestnego mieszkał i pracował w Gdańsku. Wujek angażował się bardzo skrycie we wszelkie działania w fabryce siewników Agromet, bowiem ruch solidarnościowy w mieście był bardzo żywy. Budowały się struktury związkowe prawie w każdym zakładzie pracy, do których kolportowano wydawnictwa drugiego obiegu i powielaczowe gazetki. Był więc brzeski "Prostownik" i "Z dnia na dzień" biuletyn Solidarności Walczącej z Wrocławia.  Mój starszy brat sprzedawał tzw. "bibułę", czyli wydawnictwa drugiego obiegu na Uniwersytecie Wrocławskim. Tato jeszcze przed ogłoszeniem stanu wojennego musiał przejść na emeryturę. Jakoś przedwcześnie, chociaż miał wypracowane lata pracy. Miał już zaawansowaną chorobę wieńcową serca. Pracował na PKP i był kolejarzem nieprzerwanie od 1947 r. Odpowiadał za swój odcinek trakcji zasilania wysokiego napięcia na linii kolejowej - pracował na podstacji w Lipkach jako brygadzista elektromonter, nieopodal Brzegu.  Myślę, że działał pod stałą obserwacją. Dziś można się domyślać, że był to nadzór ludzi MSW tych, którzy planowo zajmowali się zwalczaniem politycznej opozycji. Całe środowiska kolejarzy było inwigilowane. Czy miał tego pełną świadomość - nie wiem, bo się nie zwierzał. Nigdy nie należał do partii.  Zresztą nigdy się nie skarżył i nie wyrzekał, nawet jak ORMO przychodziło do nas pod dom  - zaglądając i szukając czego się przyczepić.  Tato po pracy na działce, z której mieliśmy warzywa i paszę dla przydomowych zwierząt - lubił czytać książki, a interesował się mnóstwem rzeczy - zbierał najróżniejsze poradniki. Kiedy jechał w sprawach zawodowych do swojej dyrekcji we Wrocławiu - najchętniej odwiedzał księgarnie. Potem, jak przyszły święta Bożego Narodzenia  i zbierała się cała nasza liczna rodzina - tym, czym najchętniej nas obdarowywał były właśnie książki. Tak więc za czasów Solidarności i potem, kiedy generał ogłosił wojnę z własnym narodem - w domu było dużo publikacji. To był czas, kiedy dzieliliśmy się wiadomościami. 
Przychodzili do nas czasem sąsiedzi, z którymi dobrze żyliśmy. Na podwórku pod domem na ławeczce przysiadał ten i ów znajomy, który czasem zaszedł. Tak odbywał się dyskretny i niezauważalny kolportaż. Tato kupował i rozdawał  tak mimochodem. W tym czasie ks. Zbigniew Bąkowski, proboszcz w parafii św. Mikołaja podjął się z parafianami budowy nowego kościoła pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego, który powoli stał się naszą parafią. Ileż wysiłku parafian kosztowała ta budowa. Przy budowie kościoła od jego fundamentów po wykończenie pracowało bardzo wielu ludzi dobrowolnie i ofiarnie. Mój tato angażował się do tej pracy także, ale nie opowiadał zbyt szczegółowo. Stan wojenny był  dla większości ludzi niezwiązanych z aparatem władzy czasem biedy i wyrzeczeń. Za mięsem stało się w długich kolejkach. Wyręczałam w tym mamę, która nie miała czasu na to stanie, ale ja nie umiałam się kłócić ani wpychać bez kolejki, także  często z mojego stania nie wiele wynikało. Nie można było kupić ani środków czystości, ani dobrego  jedzenia.  Działka i przydomowa hodowla ratowała nas od biedy.  Czekoladę, która była na kartki, jadłam tylko wtedy, kiedy dostałam ją w prezencie. Jednak głodni nigdy nie chodziliśmy, bo rodzice ciężko pracowali. Za to mieliśmy dużą rodzinę  i wzajemne wsparcie. 





09 kwietnia 2024

Kryptonim Klasztor. Dopaść Pileckiego: Trailer nowego filmu

W Niedzielę 14.04. o godzinie 10 .30 w sali konferencyjnej parafii Podwyższenia Krzyża Św. w Brzegu spotkanie z Tadeuszem Płużańskim historykiem, redaktorem, publicystą, prezesem Fundacji "Łączka", synem prof. Tadeusza Płużańskiego bliskiego współpracownika Witolda Pileckiego. W czasie spotkania projekcja filmu "Kryptonim Klasztor.Dopaść Pileckiego". Zapraszamy



29 marca 2024

Kwiaty po prostu zachwycają


 Podzielę się odrobiną moich własnych zauroczeń. Kwiaty cieszą oczy, są uosobieniem piękna natury, jaką stworzył Bóg. To początek nowego życia, które w zalążku każdego kwiatu drzemie. Musi naturalnie zwiędnąć, by zamienić się w życiodajny owoc z nasieniem. Kwiaty są piękne, budzą podziw i zachwyt, są ulotną chwilą, która pozostawia niezatarte wrażenia. 



 

14 kwietnia 2023

Ułomności ciała wpływają na umysł

Wszelkie nieprawidłowości w żywieniu ujemnie odbijają się na fizycznym i psychicznym zdrowiu człowieka.



A oto przykład: schorowany żołądek doprowadza do schorowanego stanu mózgu powstającego przy błędnych opiniach. Wszystko co zmniejsza siły fizyczne osłabia umysł czyniąc go mniej bystrym do rozróżniania między dobrem a złem, między sprawiedliwością i niesprawiedliwością i odwrotnie. Wszystko, co jest zdrowe przynosi w efekcie człowiekowi siłę wytrzymałość i bystrość umysłu. Wypowiedzi  współczesnych naukowców sugerują iż  mózg człowieka jest wśród wszystkich istot żyjących najbardziej mistrzowskim organem. To tu powstają nasze plany życiowe. To jest ośrodek działania, życia i nabożeństwa. Dostrzega on ścisłą współzależność między zdrowiem fizycznym a psychicznym i vice versa, myśl jest produktem nie wąskiej powierzchni mózgu, ale obejmuje wysiłek całego ciała. Pierwszą potrzebną dla zachowania psychicznej sprawności nie jest po prostu zdrowy umysł, ale zdrowy zmysł zawarty w doskonale funkcjonującym ciele. W ten sposób zdrowie fizyczne  uzależnione od normalnych funkcji umysłu i psychiczne zdrowie uzależnione od zdrowego ciała muszą być zintegrowane, jeśli ma zostać uzyskana prawdziwa sprawność umysłowa. 

Profesor Tadeusz Bilikiewicz w jednej ze swoich prac stwierdził "na temat fizjologicznych warunków mózgowych, w jakich świadomość się pojawia, gaśnie i zmienia, istnieją już dość ścisłe wiadomości. Dotyczą one wpływu krwi  - obecności tlenu, dwutlenku węgla, rozmaitych trucizn. Ciśnienie płynu mózgowo-rdzeniowego itp. na stan świadomości". Sfera życia psychicznego wiąże się ściśle ze stanem morfologicznym biochemicznym i biofizyczny mózgu zawartością we krwi różnych hormonów i metabolitów tkankowej przemiany materii. Dr medycyny Wiesław Romanowski podaje: "sfera życia psychicznego wiąże się ściśle ze stanem morfologicznym, biochemicznym i fizycznym mózgu, zawartością we krwi różnych hormonów i metabolitów tkankowej przemiany materii ".

Profesor doktor medycyny Julian Aleksandrowicz: wydaje mi się że ogromna większość trudności politycznych, społecznych i ekonomicznych, jak również zdrowotnych, ma swoje źródło w zaburzeniach sprawnego myślenia i działania tak jednostek, jaki grup ludzi, zaburzeniach, które są spowodowane wypaczona strukturą i funkcją mózgu uwarunkowaną ekologicznie. Mózg jest tkanką najbardziej wrażliwą na niedobór tlenu, a więc na skład powietrza, którym oddychamy. Wrażliwą na skład wody i pożywienia, które dostarczają materiałów energetycznych. Wiele więc czynników biosfery decyduje o prawidłowym myśleniu i działaniu, a biosfera ulega współcześnie kryzysowi ekologicznemu i dostarcza składników pokarmowych oraz bardziej coraz bardziej odbiegających od kodu życia. Pierwotnym czynnikiem patogenem jest pożywienie  i woda, które współczesna kultura dążąc do najwyższego luksusu nawet w formach odżywiania się pozbawia biopierwiastków i witamin zasadniczych dla podstawowych czynności mózgu. Szczególnie zagraża przetrwaniu ludzkości fakt niedoboru wiedzy o tym, jak należy ochraniać mózg przed uszkodzeniem jego struktury i funkcji. Niszczymy przeto nieświadomie mózg jeszcze przed narodzeniem człowieka, zatruwające organizmy rodziców nadmiarem szkodliwych substancji wytwarzanych przez innych ludzi lub zatruwające niedoborem naturalnych pierwiastków i witamin niezbędnych dla prawidłowego rozwoju organizmu.

Skutki złego odżywiania mózgu są widoczne nie tylko w nieprawidłowym rozwoju organizmu lecz również w powstawaniu zaburzeń czy trudności o charakterze intelektualnym i moralnym. Jest bowiem oczywiste, jak stwierdza dr Aleksandrowicz, że najbardziej humanitarne idee nie dotrą do człowieka, którego mózg nie spełnia warunków umożliwiających ich należyty odbiór, przyswajanie analizę i dystrybucję.

Rozważając zagadnienie zaburzeń osobowości człowieka w postaci depresji czy agresji bardzo często szukamy przyczyn w sferze spraw o charakterze humanistycznym. Tymczasem stany depresyjne wiążą współcześni z niedoborem jonów litu, magnezu, cynku i innych biopierwiastków w układzie limbicznym w stanowiącym część anatomiczną mózgu. Profesor wyjaśnia, że takie stany depresyjne często przekształcają się w agresję albo w samobójstwo. Jedno i drugie nie należy dzisiaj to zjawisk sporadycznych.

Dowiedziono, że słabiej uczą się dzieci z obniżonym poziomem żelaza we krwi. Niedobór jonu magnezu jest odpowiedzialny za szereg zaburzeń funkcji mózgu. Coraz większy rozwój motoryzacji powoduje, że do mózgu przenikają, uszkadzają związki ołowiu. Proces ten jest hamowany przy właściwej podaży w pożywieniu magnezu i wapnia. Niedobór w pożywieniu jodu i cynku wywołuje szeroką skalę zaburzeń psychicznych. Brak litu w pożywieniu i w wodzie powoduje oprócz wielu schorzeń somatycznych także poważne zaburzenia w sferze ludzkiej psychiki. Tam, gdzie występuje niedobór tego pierwiastka zauważa się, że ludzie są bardziej agresywni, często korzystają z porad psychiatrów i popadają w kolizję z prawem, a przy tym są bardzo skłonni do alkoholizmu i narkomanii, czego nie stwierdza się w tej mierze tam, gdzie litu jest pod dostatkiem w pożywieniu i w wodzie.

Długa jest lista wpływu fizycznych czynników na psychikę człowieka i nie sposób mówić o niej szerzej w artykule, lecz należy jeszcze raz podkreślić za profesorem Aleksandrowiczem, że pierwotnym czynnikiem patogenem jest pożywienie i woda pozbawione biopierwiastków i witamin zasadniczych dla podstawowej czynności mózgu. Wszelka niewiedza czy ignorancja w tej kwestii doprowadzanie tylko do zaburzeń procesów fizjologicznych i biochemicznych odbywających się w mózgu czy do jego uszkodzenia, ale również odbija się na jakości ludzkiego myślenia i działania, na podstawie moralnej jednostek i całych grup społecznych. Jest również oczywiste, że jeśli spaczona jest struktura mózgu genetycznie, anatomicznie lub biochemicznie i odbiega od kodu życia, to mózg taki produkuje nieprawidłowe pod względem intelektualnym i emocjonalno etycznym myśli, za którymi postępują czyny określone jako zło. 

Jest to jedna z zasadniczych przyczyn współczesnego kryzysu etycznego, który wyraża się nie tylko odchyleniami od normy w stosunkach międzyludzkich, lecz w dużej mierze jest wynikiem patologii, która w skali światowej wyraża się ludobójczymi wojnami, terroryzmem, nazizmem, faszyzmem.

Halina Szwarc dostrzegasz szereg ujemnych czynników w niedostatecznej ilości ruchu współczesnego człowieka. W związku z tym stwierdza: siedzący tryb życia i niedobór współczesnego człowieka prowadzi do zaburzeń czynności całego ustroju. Powstają zakłócenia w działaniu układu nerwowo hormonalnego, które powodują występowanie nie tylko zaburzeń metabolicznych, ale także zaburzeń psychosomatycznych.

W środowisku medycznym, a zwłaszcza psychiatrii ścierają się dwa różne poglądy na temat przyczyn powstawania zaburzeń psychicznych. Kierunek tak zwane psychików wiąże powstawanie anomalii w myśleniu człowieka z czynnikami psychoz socjalnymi. Natomiast somatrycy uważają że czynniki biofizyczne stanowią główny powód zaburzeń i chorób psychicznych. Podobna polaryzacja opinii na ten temat dałaby się zauważyć w gronie teologów czy specjalistów z innych dziedzin humanistycznych. Aby jednak nie mieć w powyższej kwestii wątpliwości i nie musieć poprzestawać na opiniach kilku specjalistów – somatyków, przytoczmy pewien charakterystyczny przykład, który zdecydowanie wyjaśnia nasz problem.

 Równowaga duchowa, serdeczności i szczęście oraz spokój i łagodność  

Wpływ diety na kształtowanie się odpowiednich postaw psychicznych moralnych jest szczególnie wyraźny i nie da się go zakwestionować. Niewłaściwa dieta bezpośrednio oddziałuje na centrum życia psychicznego, to znaczy na mózg, a ponadto prowadzi do większości chorób somatycznych, które jeszcze bardziej pogłębiają psychiczne anomalie. Zaburzenia somatyczne i psychiczne wzajemnie się zazębiają i nigdy nie występują samodzielnie. Chodź stany psychiczne posiadają pewną niezależność od struktury i czynności organizmu, to jednak okazuje się, że ta niezależność jest minimalna. Poważna część społeczeństwa dotknięta jest zaburzeniami swych funkcji psychicznych. W związku z tym sugeruję się czynić pomoc chorym na duszy bliźniego

Więcej można zdziałać przez profilaktyczne uświadamianie wierzących na temat wpływu czynników fizycznych na ich życie duchowe. Łaska Boża Jezusa Chrystusa  dotyka ludzi głęboko wierzących, jednak chodzi o to, aby człowiek zrozumiał, że cierpi albo może cierpieć, a nawet utracić zbawienie wieczne na skutek  łamania naturalnego prawa życia ustanowionego przez Boga.

( to jest cytat, który kiedyś znalazłam i zapisałam, jak odnajdę źródło - to je podam. JK. )



Kącik harcerski - wiersze

 Obóz harcerski nad morzem.

Ledwie świt dzienny zarumieni morze
- Z Helskiego lądu na toń morską leci
Zew hymnu ..."Kiedy ranne wstają zorze" ...
To śpiewa obóz czujny harcerski!
A kiedy słońce kryje się w wód ławy
Płynie pieśń ..."Wszystkie nasze dzienne sprawy"...

Tak wita - żegna dzień, polskie wybrzeże
I skrawek morza naszego, polskiego,
W opiekę Bogu oddając się szczerze
Przez usta druhen z obozu letniego
A że obozy licznie zawitały
 Więc często zdaje się - śpiewa Hel cały  ...

Wszystkie harcerki najpiękniej śpiewają
I obóz ich jest najbardziej wzorowy ...
Staruszki - sosny przystanęły zgrają
I  obserwują ten huf dziatwy zdrowy,
Co przybył do nas gdzieś z górnych oddali,
I dzisiaj pieśnią polską Boga chwali!

Wanda Krawczykówna
harcerka z I .Drużyny im.E.Plater.


22 lutego harcerze obchodzą Dzień myśli braterskiej

Hej przed nami bramy świata,
Lądy, morza, góry, rzeki
Nad wichrami duch nasz wzlata, 
w ludzkie dzieje - w przyszłe wieki!

Hej siostry, czeka na nas trud ogromny
Idee przekuć w jeden czyn niezłomny -
Już przed nami wstaje zorza,
Błogosław nam wszechmoc Boża!

Nasz sztandar święty, lśni rozwinięty,
Braterskich węzłów skautowy znak
Świat nowy sami dźwigniemy sercami
Wzleci nad nami szczęścia ptak!

Leon Janta Połczyński - przedwojenny polityk związany z Brzegiem

Leon Janta-Połczyński podarował miastu Brzeg i Muzeum Piastów Śląskich w Brzegu ostatnie swoje dziesięć lat pracy zawodowej. Odszedł na emeryturę w wieku 91 lat w 1958 r.  Dziś jest jednym z najmniej znanych ludzi kultury na ziemi brzeskiej, tym bardziej warto, by pokusić się, aby nadać jego imieniem jedną z ulic miasta Brzeg. 

Polityk, ziemianin, przedsiębiorca i twórca Muzeum Piastów Śląskich



Biografia:
ZESZYTY CHOJNICKIE CHOJNICKIE TOWARZYSTWO PRZYJACIÓŁ NAUK - PDF Free Download: ZESZYTY CHOJNICKIE CHOJNICKIE TOWARZYSTWO PRZYJACIÓŁ NAUK ZESZYTY CHOJNICKIE CHOJNICKIE TOWARZYSTWO PRZYJACIÓŁ NAUK ZESZYTY CHOJNICKIE pod redakcją Kazimierza Jaruszewskiego i

Jezioro Bodeńskie



Uśmiechnęło się do mnie szczęście -  na tę wycieczkę wybierałam się już myślami bardzo wiele razy. Ale jakoś nigdy nie było jak. Dotarcie tu zajęło mi aż 10 lat. Śmieszne, ale jednak. Ciągle los podrzucał mi zupełnie inne kierunki do zwiedzania i poznawania świata. Kiedy wreszcie dotarłam tu nad brzeg Jeziora Bodeńskiego w Maarburgu, moim oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Był słoneczny dzień, początek wiosny. Przede mną błękit nieba i niemal bezkresna tafla błękitnej wody. Płynęliśmy na drugi brzeg jeziora do Konstaz. W oddali majaczyły góry od strony Szwajcarii. Szczyty pokryte śniegiem. Mleczna mgła w oddali tłumiła kształty i rysy masywu. W sercu mi coś zagrało, moja wyobraźnia powoli rozkręcała się. Płynęliśmy promem, więc kiedy zostawiliśmy za sobą brzeg w oddali, przed sobą widziałam jedynie błękitną dal, w której niebo styka się z ziemią zalaną jak się wydaje bezkreśnie wodą. Byłam tym widokiem natury najpokorniej urzeczona. Ogromne jezioro niemal jak morze. Po jego drugiej stronie góry wysokie. Serce mi biło szybciej z wrażenia. Wiatr nadmuchiwał wilgotny smak wodnej bryzy. Słońce pieściło wszystkie moje zmysły. Odrzuciłam od siebie wszystkie detale przyziemnej rzeczywistości po co, na co i w jaki sposób się tu znalazłam. Liczył się w tym momencie tylko ten jeden fakt, że się tu znalazłam, pierwszy, a być może nie ostatni. 



02 października 2022

Podróż za chlebem




 Kiedy wsiadłam do samochodu był wczesny ranek, a może nawet nie skończyła się jeszcze noc. Była czwarta rano. Było nas tam osiem osób. Wszyscy byli jeszcze bardzo zaspani.  Tylko kierowca mile ożywiony życzliwym głosem przywitał mnie i zachęcał do szybkiego wejścia na pokład. Jedziemy kierując się na autostradę. Nawigacja na smartfonie kierowcy pokazuje trasę dojazdu. Kierować się będziemy na  przyłącze Przylesie - Brzeg. Po drodze trzeba przejechać okoliczne wsie, które skądinąd przecież tak dobrze znam. Jadąc wąskimi krętymi drogami, mijamy zaspane jeszcze domy, towarzyszą nam gdzieniegdzie światełka, jak zwykle zaskakuje stary przejazd kolejowy (na którym wszyscy budzą się z nocnego letargu). Lecz ja już byłam  w pełni obudzona, ponieważ nie mogłam spać tej nocy niezależnie od tego, że byłam zmęczona i położyłam się na dwie - trzy godziny z nadzieją na krótki sen. Kiedy wychodziłam z domu, miałam w głowie krótką listę niezbędnych rzeczy, które muszę koniecznie nie zapomnieć przed wyjazdem. Koniecznie sprawdzić czy jest zakręcony gaz, woda, pozamykane okna, zakręcone kaloryfery i wyrzucone śmieci. Muszę pamiętać żeby nie zostawić fusów w szklance ani żadnych organicznych odpadków. Potem już tylko wyłączyć prąd i zamknąć za sobą dobrze drzwi. Kiedy zabrałam ze sobą swoje walizki, torbę i plecak usadowiłam się obok zaspanej sąsiadki. Kierowca raźnie zamknął za mną drzwi i sam wskoczył do kabiny. Ruszyliśmy. Z radio płynęła skoczna muzyka. Prezenter radiowy próbował stroić jakieś żarty, ale jeśli o mnie chodzi, to raczej darmo poszły wysiłki. Zrobiłam znak krzyża oddając się w opiekę Maryi. Z Bogiem - zawierzyłam ten wyjazd. Nie miałam dobrego nastawienia, ale przekonywałam siebie, że wielokrotnie już tak było, że kiedy jechałam z obawami, to potem wszystko jakoś dobrze się odbyło. Byłam pełna obaw, jednak spychałam je, nie analizując logicznie ich przyczyn. Dam sobie jakoś radę, oj tam. Różnie przecież już było. W busie jest jeszcze kawałek Polski, czegoś co znam i traktuje, jak swoje. Rozmawiamy po polsku, radio nadaje w języku polskim. Dowcipy łapiemy w locie. Z niektórych z politowaniem kiwając głową uśmiecham się pod nosem, bo te tak powszechne w mediach uszczypliwości i złośliwości pod adresem rządzących wydają mi się jakoś płaskie. Ale to wszystko jest po prostu swojskie. Jedziemy.

Na autostradzie podjeżdżamy do płatnej bramki. 
Cyk, cyk załatwione, jedziemy dalej. Teraz pędzimy prosto do Złotoryi, potem już na ostatnią przed granicą  stację paliwową w Zgorzelcu. Tu przesiadka. Zmienia się tu i kierowca i bus. Wysiadam i grzecznie czekam, aż mnie kolejny kierowca zabierze do swojego samochodu. Jedziemy dalej, mijamy przejście graniczne tym razem bez jakiejkolwiek kontroli. Jesteśmy w EU. Kierowca przełącza radio na płytę i słuchamy czegoś, co pozwala łatwiej podróżować po autostradzie. Jedna z najważniejszych arterii komunikacyjnych ze wschodu na zachód w Niemczech, to ciąg dalszy naszej 4. Jedziemy na Chemnitz, potem Drezno i Lipsk. Z reguły kierunek na Frankfurt nad Menem. Autostrada jest szeroka trzy pasma w jednym kierunku i tyleż w drugim. Po bokach dodatkowy pas ratunkowy. Jak zwykle ogromny ruch w dni powszednie. Ciężarówki jadą po prawej, środkowym pasem osobowe, a po lewej ścigają się ci, którym bardzo pilno. Jedziemy szybko. Mamy młodego kierowcę, to chłopak dwudziestokilkuletni. Pewnie czuje się na tej trasie szybkiego ruchu i jakoś mam wrażenie, że mimo młodego wieku, to świetnie reaguje na sytuację na drodze. Jest dobry w tym, co robi i zdolny. Cieszę się w duchu, bo w gruncie rzeczy młodych kierowców zawsze podejrzewam o nadmierną brawurę i brak wyobraźni i do tego zarozumialstwo, co tylko jakoś źle się może skończyć. Ale teraz dla mnie jazda tym samochodem staje się naprawdę fajną przygodą i całkiem przestaje myśleć o innych sprawach pochłonięta tym, co dzieje się na drodze. Zbieram wrażenia. Przystanek.
Czas na toaletę i papierosa. Wszyscy palą tak namiętnie, jakby całe życie brakowało nam tylko tego  jednego - papierosa, by zagospodarować czas, z którym nie wiadomo, co zrobić. To taki nasz rytuał. Trujesz się czy się nie trujesz, nie ważne. Przy fajce jest czas, by się pożalić, zasięgnąć języka, kogoś poznać. Po prostu można porozmawiać po polsku, bo z końcem podróży kończy się język polski i zaczynają się niemieckie reguły życia i pracy na emigracji. Kończy się dom i zaczyna obczyzna.
 

Popularne posty

Galeria zdjęć


Darmowe fotoblogi

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *